fot. Stanisław Sielicki

 
 
 

fot. Mariusz Jodko, Andrzej Rerak

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Szymon Lubiński

ANTROPOCEN. Szkła pozyskane metodą Stanisławskiego. | ANTHROPOCENE: Glasswares Acquired Using the Stanislavski Method

wystawa | exhibition

03.03 - 24.03.2017

otwarcie: 03.03.2017 godz. 18:00 | piątek

opening: friday, 03 march 2017, 6 PM

wstęp wolny | admission free



___________________


Szymon Lubiński, od 1994 roku członek Wyższej Wewnętrznej Loży Grupy Luxus. Wcześniej współzałożyciel legendarnego artystycznego skłotu Oławska 9. Aktualnie artysta dość radykalny.
Wystawa odnosi się do najnowszej historii naszej planety. Dzięki wspólnemu wysiłkowi poprzednich pokoleń znajdujemy się obecnie w lemowskiej Najwyższej Fazie rozwoju. Możemy zrobić co chcemy z naszą planetą ale też, z wszech obecnymi efektami ludzkiej na niej obecności W tym kontekście należy przyjąć, że antropocen, jest ukoronowaniem dziejów ludzkości.

__________

Anna Mituś
Szkła Szymona Lubińskiego pozyskane metodą Stanisławskiego
tekst do katalogu


Nie googlujcie, te szkła nie mają nic wspólnego z metodą Stanisławskiego. A jeśli nawet dopatrzycie się jakichś analogii, to będą mocno naciągane. Chociaż, skoro przyszły wam do głowy, to może jednak nie? Bo na przykład, możliwe, że chodzi tu o materię, która jest wielkim nieświadomym brzuchem naszego świata, możliwe, że chodzi tu o wydobycie tych nieświadomych pokładów materii i użycie ich do sterowania formą, stworzenia kształtu, w którym rozpoznać da się naszą epokę.
Wielu pamięta dobrego wojaka Szwejka i jego refleksje na temat archeologii. Co na podstawie wykopalisk da się o człowieku wywnioskować z naszej warstwy geologicznej? Teraz to się nazywa antropocen. Epoka emaliowanych nocników, szklanych wazoników.

Wyobraźmy sobie jednak, że to kpina.

Wyobraźmy sobie, wchodzi bywalec do galerii i widzi wydobyte światłem zagadkowe, lśniące obiekty i tytuł, nadęty, trudny – mówi mi jeden z komisarzy wystawy – Trudny, ale nie zapytasz przecież, o co chodzi, Stanisławski znany, więc tylko kiwasz głową, udajesz kogoś, kim nie jesteś. Złapany, przyszpilony. Kolejna kpina. Grupie Luxus, w której debiutował Szymon, zawsze chodziło bardziej o nasze reakcje, obiekcje, skrupuły, kompleksy, zachcianki, marzenia, poczucie humoru. Ale to nie grupa Luxus tu występuje. Szymon pokazuje, co ma. Solo.

A my patrzymy.

Patrzymy na wieże ze szkła, kaskady szkła, ociekające światłem stalagmity. Nie da się uciec od setek lat katolickiego wertykalizmu. Do nich te wieże podskakują. Z nich te wieże się natrząsają. Ich władzę te szklane berła błazeńsko naśladują. Zwieńczone sterczynami z nigdy nie użytych choinkowych bombek, albo zbyt wiele razy użytych korków do karafek. Stop. Nie ma tu błazeństwa. Jest raczej samozachwyt. Najwyżej jakiś bunt może w tej sprzedawanej na targowych placach za grosze materii, która się zebrała i wypiętrzyła.

Coś narastało, naciekało przez dziesięciolecia niezrozumiałych i zapomnianych wkrótce wysiłków, tęskniących za uniesieniem, uwzniośleniem, wywyższeniem. Coraz lepiej. Coraz gorzej.

Odkształcone tajemniczą siłą, wbrew najkrótszym trasom wiązań międzycząsteczkowych – najczęściej prasowane szkło. Napędzana pożądaniem inercja formy. Niekończące się ciągi falujących krawędzi, wydłużonych szyjek, rozkręconych obwodów, imitowanych szlifów.

Zbierał je od lat. Kupował przy każdej nadarzającej się sposobności. Zbierał i dopasowywał, żeby odnalazły się w tej spektakularnej, epickiej kompozycji. Nie ma mowy o amputacji fragmentów, kadrowaniu czy montażu. To po prostu eschatologiczna kontaminacja istniejących przedmiotów przekraczających swoje przeznaczenie w obliczu wyczerpania ery ich przydatności i zrozumiałości. Rodzaj wniebowstąpienia.



Szymon Lubiński’s Glasswares Acquired Using the Stanislavski Method
by Anna Mituś



Don’t google, these glasswares have nothing to do with the Stanislavski method. And even if you do notice some analogies, they will be rather far-fetched. But perhaps not if they have occurred to you at all? For it is possible, for example, that we are talking about matter that is a great unconscious belly of our world, that we are talking about bringing out those unconscious deposits of matter and using them to control form, to create a shape in which our epoch can be recognised. Many remember the good soldier Švejk and his reflections on archaeology. What can be inferred about man from excavations of our geological stratum? These days it is called the Anthropocene. An era of enamelled chamber pots, of glass vases.

But let us imagine this is mockery.

Let us imagine that a patron enters the gallery and sees puzzling, shiny objects, illuminated by spotlights, and a title, bombastic, difficult – one of the curators tells me – difficult, but you won’t ask what it’s about, Stanislavski you’ve heard of, so you just nod your head, pretending to be someone you are not. Caught, pinned. Another mockery. Luxus, the collective Szymon made his debut with, has always been interested in our reactions, objections, scruples, complexes, whims, dreams, sense of humour. But it is not Luxus that takes centre stage here. It is Szymon. Showing what he has got. Solo.

And we are looking.

We are looking at towers of glass, cascades of glass, at glass-dripping stalagmites. You cannot escape centuries of Catholic verticalism. It is them that these towers jump up to. It is them that they sneer at. It is their power that these glass sceptres lampoon. Crowned by pinnacles made of never-used Christmas-tree balls, or by too-many-times-used carafe stoppers. Stop. There is no clownery here. Self-admiration if anything. At most, some mutiny perhaps in this matter, sold at marketplaces, that has accumulated and risen.

Something has been accumulating, dripping for decades of incomprehensible and soon forgotten efforts, yearning for elation, solemnity, exaltation. Better and better. Worse and worse.

Deformed by a mysterious force, in defiance of the shortest routes of molecular bonds – usually pressed glass. Desire-driven inertia of form. Endless sequences of undulating edges, elongated necks, untwisted circumferences, imitated bevels.

He has been collecting them for years. Buying them at any opportunity. Gathering and fitting them so that made sense in this spectacular, epic composition. There is no amputation of fragments here, no framing or montage. There is simply an eschatological contamination of existing objects transgressing their destiny in the face of the exhaustion of the time of their usefulness and comprehensibility. A kind of ascension.